krol

O WTA, czyli czas wielkich zmian

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Ostatnie miesiące na zawodowych kortach to jakieś szaleństwo. Jak inaczej nazwać zwycięstwa zawodników/zawodniczek średniej klasy w turniejach najwyższych rang? Dziś trochę o tym i o tamtym.

Turniej mistrzyń w Singapurze i powtórka z ostaniej edycji, tyle że zamiast Agnieszki Radwańskiej w roli głównej – Dominika Cibulkova. Trzeba przyznać – ma kobieta charakter i nigdy się nie poddaje. Bardzo siłowy, oparty na prostej taktyce tenis, choć momentami toporny, dał Słowaczce… mistrzostwo świata.

Tegoroczny Australian Open. Coś zupełnie niebywałego. Chorwatka Mirjana Lucic Baroni, która najlepsze lata kariery ma już za sobą i prezentuje przez ostatnie sezony dość mizerny tenis, na Antypodach osiąga półfinał. Wiadomo, nie przypadkowo – po drodze pokonuje m.in. Agnieszkę Radwańską czy Karolinę Pliskovą. Pozostaje tylko chwycić się za głowę…

No i nareszcie – zwycięstwo Eleny Vesniny w Indian Wells. Ktoś może powiedzieć, że tenisistka która pokonuje po drodze turniejową dwójkę zasługuje na ostateczny triumf w imprezie. Niby tak, ale czy rzeczywiście poziom prezentowany nawet przez (aktualnie) najlepsze tenisistki świata to coś nadzwyczajnego?

Chcę pokazać jedną rzecz. Z całym szacunkiem dla wszystkich tenisistek które ostatnimi czasy osiągały świetne rezultaty, ale czy udałoby im się to, gdyby nie nieobecność Sereny Williams (oprócz imprez wielkoszlemowych), Wiktorii Azarenki, czy Petry Kvitovej? Być może tak, ale czy nie byłoby trudniej, a poziom oglądanych spotkań nie byłby nieco wyższy?

W WTA nastał czas niepewności – nawet tenisistka z drugiej setki rankingu może osiągnąć dobry wynik w największych imprezach. Nie wiem, czy jest to dobre dla tenisa. Z jednej strony tak, bo w końcu coś się zmienia, ale pytanie – po co taka zmiana? Po co, skoro zawodniczka osiąga świetny wynik, a przez resztę sezonu prezentuje dno?

Chyba każdy kibic chce, aby „wschodząca mistrzyni” oprócz A powiedziała także B. Z doświadczenia wolę zawsze zaczekać jakiś rok, niż po jednym turnieju nazywać kogoś „gwiazdą”. Nie to, czy wygrasz jakiś turniej wielkoszlemowy świadczy o twojej klasie, lecz to przez jaki czas będziesz utrzymywał genialną dyspozycję. Myślę, że trochę się o tym zapomina. Zbyt szybko wynosi się kogoś ponad wszystko, by (moim zdaniem) na siłę pokazać i zareklamować daną dyscyplinę sportu. Od takiej sztuczności i takiego wywyższania bierze mnie na mdłości. Z cała pewnością wpływa na to jeden czynnik – wychowywałem się na tenisie w takich czasach, kiedy najważniejsza była forma prezentowana podczas zawodów, a nie wszelka moda i imprezy poza kortem. Tymczasem wszystko ulega zmianie, niekoniecznie w dobrym kierunku. Co przyniesie czas – zobaczymy…